Translate

środa, 26 grudnia 2012

Dom młodzieńczych lat

  Podobno ludzka zdolność zapamiętywania wydarzeń kształtuje się około 3-4 roku życia. I nie potrafimy cofnąć się dalej wstecz pamięcią. W każdym bądź razie, jednym z moich pierwszych wspomnień które wraca do mnie po dziś dzień, jest to o Domu. Jeżeli ktoś z Was urodził się i wychował całe życie w bloku, pewnie tego nie zrozumie. Mam na myśli wolno stojący budynek mieszkalny dla kilku, około 7-8 rodzin. Zbudowany na dość stromym zboczu małego miasta, miał spory kawałek zielonej przestrzeni wokół, wielką jabłonkę i niedaleko stojące szopy, które wiele lat później przekształcono częściowo w garaże. Z  podwórka można było zobaczyć też fragmenty pobliskiego jeziora. Ten dom i jego okolica był całym moim światem, wielkim i tajemniczym. Między trzecim a siódmym roku życia (1966-69), mieszkałem tam z rodzicami i wszystkie pierwsze i bardziej istotne wspomnienia związane są z tym miejscem. Pamiętam np. ciemne i straszne piwnice tego budynku. Z rodzeństwem i rówieśnikami, często schodziliśmy w tę nieprzyjemną część budowli bawiąc się w chowanego i strasząc, z piskiem uciekając na górę, ku życiu, światłu i bezpiecznym miejscom. Był tam, w tych zakamarkach piwnicznych, prymitywny jak na obecne czasy pisuar i napis na kartce: "W jakim stanie zastałeś, w takim zostaw". Heh, dlaczego pierwsze słowa pisane jakie na trwałe zarejestrował mój  umysł, musiały pochodzić akurat z mrocznego WC ze starej sutereny? Nie mam pojęcia. W każdym bądź razie, przeczytane kilkanaście lat później opowiadanie Raya Bradbury "Zejdź do mojej piwnicy", miało dla mnie konkretny przekaz. Wywoływało projekcje młodzieńczych lęków i emocji. Od zewnętrznej strony  posesji,  istniejące po dziś dzień schody łączą dwie części miasta.


Otoczenie urozmaica kilka niskich, kamiennych murków (na zdj. po prawej), na których w pogodne, letnie popołudnia siedziałem wyczekując powrotów taty z pracy. Po drugiej stronie, od wewnątrz posesji, było przestronne (jak mi się wówczas wydawało) podwórko, na którym stała potężna jabłoń. Uginała się pod ciężarem wspaniałych owoców, a ja pamiętam jak jej współczułem tego wysiłku. Na tym podwórku wisiały suszące się ubrania. Ha, ha, któregoś zimowego popołudnia dotknąłem rękawa suszącego się swetra, odłamując go całkowicie, Takie były jedne z pierwszych poznanych przeze mnie praw fizyki. Zima była również porą na rzucanie się śnieżkami z różnych  zakamarków podwórza. W lato biegały tam swobodnie  kury, które co jakiś czas moja babcia zarzynała na obiad. Do dziś pamiętam, jak obejmowała zwierzę wkładając je między nogi spódnicy, podrzynając im gardła. Krew sikała dość intensywnie do przygotowanej wcześniej metalowej miski. Fuj! No, ale rosół babci smakował mi przez wiele lat ;). Któregoś dnia, przy jednym z rodzinnych obiadów, spadły mi na drewnianą podłogę pojedyncze nitki makaronu. Siedzący obok wujek rzucił mi karcące spojrzenie, pewnie nie wiedział, że zapamiętam je po dziś dzień ;). To były czasy, kiedy pewnie nie było za dużo pieniędzy, ale bardzo mi smakowały proste placki z mąki, podobne do żydowskiej macy, jakie przyrządzała babcia, i kruche skręcane ciastka.  W dużym pokoju stał piec. Za tym piecem babcia często chowała resztki jedzenia, aby "było na zaś". Zwyczaj wyniesiony z czasów wojny... Co parę dni wymiatano je stamtąd, karmiąc nimi pewnie kury.



  Przez okres pobytu na tej posesji, co najmniej dwa razy zamienialiśmy się mieszkaniami z innymi rodzinami zasiedlającymi ten budynek. Kiedy mieszkaliśmy od strony wewnętrznej, mieliśmy do dyspozycji sień, gdzie stał wielka beczka do kiszonek. Co jakiś czas zanurzałem w niej szklankę, racząc się sokiem z kiszonej kapusty. Niezapomniane chwile! Z zewnętrznej strony budynku  był ganek dający cień w upalne dni. Kiedyś nie było zwyczaju zamykania takich mieszkań na noc,  jednak pewnego razu jakiś mocno pijany mężczyzna, wszedł spać jak do siebie :). Rodzice zmuszeni byli zadbać o bezpieczeństwo montując dodatkowe zamki. Pewnego razu popsuł się czarno-biały telewizor i dostałem do zabawy jego namagnesowany zepsuty element. Śpiąc w tej części budynku, zapamiętałem też dwie dość koszmarne noce: pewnego razu obudziłem się widząc na miejscu "świętego obrazka" pulsujące, trójkątne oko, które patrzyło na mnie beznamiętnie. Innej nocy śniła mi się odcięta ręka, która próbuje przez okno wejść do mieszkania. Mimo tych przykrych czasami doznań, miejsce te darzę do tej pory dużym sentymentem.

   
 Od strony północnej budynku mieszkał sympatyczny starszy człowiek, który kiedyś wyciągnął klucz i przyłożył mi go do piersi twierdząc, że służy on do otwierania serc.  Całe szczęście, skończyło się na podarowaniu mi cukierków. W końcu, na krótko przed moim pójściem do szkoły podstawowej, rodzice opuścili ten dom, w którym została babcia. Odwiedzałem ją jeszcze kilka lat, przychodząc na wyborne obiady. Przyglądałem się niewielu publikacjom jakie miała babcia. Szczególnie zaciekawił mnie zbiór modlitw i tekstów religijnych, oraz jakiś skrypt scenariusza filmowego. Jak ten drugi tam trafił? Potem podjęto decyzję o wyburzeniu posesji i wszyscy mieszkańcy musieli ją opuścić. Na jej miejscu wybudowano inny dom, gdzie mieszkają nowi, nie znani mi ludzie. W latach 1995-2002 pracowałem w pobliskim sklepie z farbami i znów przez parę lat przechodziłem koło tego miejsca. Niekiedy wraca do  mnie we snach, czasami jako miejsce dziwnych wydarzeń, ale częściej jako coś miłego i ważnego. Symbol czasów bezpiecznego dzieciństwa. Coś, co w tej formie już nigdy nie wróci.



czwartek, 20 grudnia 2012

Wieża Bismarcka i dziwny sen


  Przez kilka miesięcy pilnowałem starego, częściowo rozebranego hotelu służącego teraz jako warsztaty i baza maszyn. To ponury, nieprzyjemny obiekt. Kilkanaście metrów przed nim, blisko jeziora, stoi stara wieża Bismarcka. Wieloletni opiekun hotelu bredził coś od rzeczy o czarnym mężczyźnie w kapeluszu, który ponoć miał zwyczaj pojawiać się w tych okolicach i znikać bez śladu. Jeden z dozorców widział go podobno i poprosił o przeniesienie... Przez trzy miesiące i około 30 nocy jakie spędziłem w tym hotelu, nikogo takiego nie zauważyłem. Niemniej źle się czułem, słysząc różne dziwne rzeczy, których mój słuch nie potrafił zinterpretować. A uwierzcie, umiałem odróżnić trzaski pracujących blach pobliskiego stadionu, spadające szyszki z drzew, odgłosy kapania deszczu o leżący baner Carrefoura i setki innych znanych mi odgłosów. Siedząc w tym hotelu słyszałem chroboty w ścianie za sobą, bardzo blisko... Hmm.. szczur albo mysz, rzekłem sobie. Jednak było wiele innych dziwnych hałasów, które nie pasowały mi do pustego obiektu. W końcu przeniesiono mnie na inny, świeżo budowany hotel. Nie powiem, nawet się ucieszyłem...
A teraz sen:
   Idę z żoną ulicami mojego miasta. Jest bardzo ciemno. W pewnej chwili musimy przejść na drugą stronę ulicy. A tu pojawia się przede mną ... stara wieża Bismarcka. "Musimy po prostu wdrapać się na nią" - twierdzi moja połowica. Ok, myślę. Wieża okazuje się dużo niższa niż w rzeczywistości. Robię skok.. I ląduje w małym, ciemnym pokoju. Bardziej współczesne wnętrze niż się spodziewałem, nawet z czymś mi się ten pokój kojarzył. Ale widzę że centralnym miejscem pomieszczenia jest jakaś wieża hi-fi. Pod nią zarysy analogowych płyt.. O... fajnie ktoś ma pewnie ciekawą kolekcję, pomyślałem sobie. Ale nie będę myszkował u kogoś bez jego wiedzy. Patrzę, a do w pół przezroczystych, oszklonych drzwi podchodzi... Tak, ciemna, wysoka postać (bez kapelusza). Ucieszyłem się że poznam właściciela. Jednak osobnik zatrzymał się pod drzwiami nie podejmując żadnej decyzji. Głupio mi się zrobiło, tak siedząc w obcym pokoju, więc pomyślałem znów że podejdę się przywitać. Wstałem, zbliżyłem się do drzwi, ale poczułem że ten ciemny kształt nie jest mi przyjazny, wręcz ma wobec mnie wrogie zamiary. Zdenerwowany, obudziłem się..

  Hmm... trzecia nad ranem. 24 godziny później, umarł na raka mój stary przyjaciel.... Od tej pory już nic się nie dzieje, tylko od czasu do czasu jak rozmawiam przez telefon z żoną, słyszę w telefonie marki Samsung jakieś dziwne stukanie, jakby młotkiem o deski. Moja kobieta jednak tego nie słyszy... Chyba zmienię model aparatu :).


wtorek, 18 grudnia 2012

Prawdziwy przyjaciel - długie pożegnanie


  Poznałem go dwadzieścia lat temu... Był już wtedy zmęczonym życiem, lekko utykającym, przeraźliwie chudym, 50 letnim mężczyzną. Pożółkła, pewnie w wyniku choroby cera, nadawała mu wygląd człowieka z krajów orientalnych.  Chociaż miał niezbyt pociągającą na pierwszy rzut oka powierzchowność, posiadał silnego, zdrowego ducha. I ta dominująca cecha jego osobowości, pozytywnie wyróżniała go spośród wielu innych ludzi. Co powoduje że stają się oni  cenni w naszych oczach?  Najczęściej ich empatia, umiejętność i chęć wczuwania się w uczucia bliźnich.  Bohater tego artykułu właśnie taki był. Pamiętam, że przez wszystkie lata naszej przyjaźni, zawsze miał czas dla każdego. Chętnie wysłuchał, doradził, jak mógł - to pomógł. W jego domu można było się zrelaksować, odpocząć po stresach. Głodnego nakarmił, spragnionego napoił. Może komuś zabrzmi to kolokwialnie, ale tak się właśnie działo.  Był bezstronny wobec każdego, opierał się na własnych obserwacjach, nie na plotkach czy pomówieniach. Uwielbiał gry wymagające logicznego myślenia, był świetnym strategiem o kamiennej twarzy. Podczas rozgrywek karcianych, np. brydża, czy 3-5-8, pamiętał wszystkie wartości rzucanych kart i kojarzył, co zostało graczom w rękach. Jeszcze mając 70 lat biegle posługiwał się komputerem, co u ludzi starszych nie jest zbyt popularnym zwyczajem. Bardzo ciekawy świata, interesował się wieloma gałęziami wiedzy. Lubił wędkarstwo, ale wolał, jak to mawiał Jezus "być rybakiem ludzi". Dlatego najbardziej ceniłem go za miłość do Boga i Biblii. Miał głęboką wiarę opartą na rzetelnej, gruntownej wiedzy. Lubił dzielić się nią z innymi. Studiował Pismo Święte z ludźmi prostymi, ale też bardzo chętnie z profesorami,  mającymi wyższe świeckie wykształcenie. Był przekonany, że Słowo Boże zawsze ma rację i umiejętnie to udowadniał. Biegłość w posługiwaniu się wersetami biblijnymi nigdy nie wbijała go w pychę, był dojrzałym chrześcijaninem. Przez wiele lat prowadził proste, bogobojne życie. To były dobrze wykorzystane dni, a ja się od Niego wiele dużo nauczyłem.  Prostolinijność to była jego główna cecha charakteru... W końcu jednak dopadła go choroba... Narośl na mózgu powodująca ucisk, odbierała mu czasami spokój ducha. Zaniedbał zdrowie i właściwe odżywianie. Przy takim trybie życia, nie trzeba było wiele, aby osłabiony organizm zaatakowała poważniejsza choroba. Powiększające się guzy w płucach, nie rokowały nic dobrego... Mój Przyjaciel wiedział czym się to zakończy, i nie chciał robić kompletnych, szczegółowych badań... Ostatnie dwa miesiące życia gasł powoli, a ja bezsilnie obserwowałem jego pożegnanie ze światem żywych. Odwiedzałem go prawie codziennie, a on do ostatnich momentów swojej świadomości chętnie rozmawiał o przyszłym życiu na rajskiej ziemi... W końcu odszedł cichutko w nocy. Wiem, że nie chciałby, abym zdradzał jego tożsamość, ani  pokazywał zdjęcie. Zresztą, pożegnał się ze mną tylko na jakiś czas. W wagonie sypialnym dojedzie do bram Nowego Bożego Świata. Nawet gdybym ja sam wcześniej umarł, spotkamy się ponownie i dokonamy wielu znaczących dzieł. Tymczasem będę czekał na niego,  ufny w Bożą obietnicę: "Umarli twoi ożyją. Zwłoki moje powstaną. Przebudźcie się i wydawajcie radosne okrzyki, mieszkający w prochu! Bo twoja rosa jest jak rosa malw, a ziemia urodzi nawet tych, którzy są bezsilni w śmierci". Izajasza 26:19.